Różnice

Zacznijmy od pytań których w Polsce nie usłyszysz po 15 minutach rozmowy z nowopoznanym człowiekiem.
Jak już pisalam, pracuję na kuchni, na której panuje bardzo rodzinna atmosfera. Nie ma też za dużo pracy, więc dużo czasu spędzamy na rozmowach.

I tak podczas jednej z dłuższych rozmów z Kenem – typowym, wyluzowanym Murzynem, podczas której poznawaliśmy się bliżej, zostałam kilkakrotnie zaskoczona. Kiedy powiedziałam, że mam brata, pierwsze pytanie jakie padło, to czy mamy tę samą mamę i tego samego tatę. Kto w Polsce od razu pomyśli o tym, że mieć rodzeństwo, to nie zawsze znaczy mieć tych samych rodziców? W takim jednym pytaniu od razu można zauważyć jak wielkim problemem w USA są pełne rodziny. Dodam, że to pytanie zostało zadane nam Polakom nie jeden raz. Ciekawe jest to, że często osoby, które pytają, są z pełnych rodzin, a mimo wszystko, jak z automatu, uzupełniają swoją wiedzę o nas właśnie tą informacją.
Idąc dalej rodzinnym szlakiem Ameryki, wiadomość o tym, że nie mam męża, czy chłopaka, ani trochę nie oznacza, że nie mam dzieci. Przyznam, że to pytanie bardzo mnie zaskoczyło, nikt nigdy nie zadał mi jeszcze takiego pytania. Po minie Kena również było widać zaskoczenie, nie tym, że dzieci też nie posiadam, a moją reakcją. Ostatnim, może już nie dziwnym, ale w Polsce rzadko padającym po 15 minutach rozmowy pytaniem było amerykańskie „would you like to go on date with me?” Zacznijmy od tego, że mało który chłopak w Polsce używa jeszcze słowa „randka”, to nawet jeśli, to zanim zaprosi dziewczynę na randkę, najpierw robi trwające miliony lat podchody. Ja się pytam po co? Poznajesz dziewczynę, podoba Ci się, zaproś ją na randkę. Nie zgodzi się, będziesz wiedział, że szkoda czasu na podchody, zgodzi się, pójdziecie na randkę i oboje będziecie wiedzieć czy jest to coś warte. Najzwyczajniej zaoszczędzisz i sobie i jej czasu. Proste? Proste! Co do mojej randki, powiedziałam „yes”. Czy Ken mi się podoba? Nie, ale nigdy nie bylam na randce z american boyem, a w życiu trzeba spróbować wszystkiego.

Koniec o pytaniach, czas na integrację. Co przeciętny Polak pomyśli słysząc integracja? No właśnie, pijusy! My teraz na campie mamy tydzień integracji, zanim przyjadą dzieci i zacznie się jazda. Jak się integrujemy? Bardzo niealkocholowo. Mamy dużo gier i zabaw, które nie sprowadzają sie jedynie do przymusowego przedstawiania się przed całym tłumem ludzi i mówienia kilku interesujących rzeczy o sobie. Jest na prawdę wesoło, a zabawy które mamy na prawdę nas integrują. Praca w grupach, parach, dziwne, śmieszne zadania, wyścigi, a także rozmowy, to wszystko sprawia, że rzeczywiście coraz lepiej się poznajemy. Na posiłkach za każdym razem mamy siadać z kimś innym, a noce spędzamy w wielkich domkach, w których śpimy po 20 osób. Tego ostatniego nie lubię i tutaj zachowuję się jak typowa jęcząca Polka. Już przyzwyczaiłam się do mojego łóżka i pokoju, w którym mieszkam i nie chcę go opuszczać, więc trochę oszukuję i nocami idę spać do siebie. Przecież przez sen i tak się nie integrujemy. Ostatnio nawet robiliśmy prezentację na temat polski. Pokazaliśmy Amerykanom jak Polska wygląda, gdzie leży na mapie, a nawet zatańczyliśmy wszyscy razem poloneza. Po prezentacji spotkaliśmy się z dużym aplauzem, szczerymi słowami, że Polska im się bardzo spodobała, a nasz występ był bardzo interesujący. Powiem wam, że w takich chwilach mam poczucie wielkiego patriotyzmu.

Podsumowując, dzięki kilku dniom integracji, przybyło mi więcej zagranicznych znajomych (nie tylko na fejsie), garstka Amerykanów nauczyła się gdzie leży i jak piękna jest Polska, a mój czas na campie płynie coraz szybciej.