Plusy i minusy mieszkania w Norwegii

Z Norwegii wyprowadziliśmy się niecałe dwa miesiące temu. Przemas mieszkał tam 5 lat, ja trzy. Decyzję o wyprowadzce podjęliśmy jakoś w listopadzie 2017. Do tego czasu planowaliśmy tam pożyć jeszcze trochę. Ale, że lubimy zmieniać plany, wyszło jak wyszło i w chwili obecnej nie mieszkamy teoretycznie nigdzie.  Myślę, że tkwiąc w tym zawieszeniu, warto podsumować Naszą Norwegię.

Jak śpiewała Paktofonika „wszystko ma swoje wady, zalety”. I oczywiście, także w mieszkaniu na północy trochę tych wad i zalet się znalazło. Zdecydowanie nie będzie to tekst o faktycznych plusach i minusach mieszkania w Norwegii. Potraktujcie go raczej, jako subiektywny spis tego co według nas przemawia za, a co przeciw mieszkaniu na północy, a nawet na samej ogólno pojętej emigracji. Jesteśmy świadomi, że pewne negatywne dla nas rzeczy, dla innych mogą być tak naprawdę sporym pozytywem. Zaczniemy od minusów, aby tekst zakończyć pozytywnie i z uśmiechem, a nie niesmakiem.

Nie nie nie

  1. Pogoda! Dla nas zdecydowany numer jeden na NIE! Chyba nie jest to żadne zaskoczenie, że nie byliśmy zadowoleni z norweskiej pogody. Przecież, każdy rozumny człowiek wie, że na północ raczej nie jedzie się na plażing i smażing. Powiem szczerze, że w 2015 jak przyjechałam do Stavanger, pogoda mnie oszukała. Lato było piękne, długie i cieplejsze niż w Polsce. Właśnie dzięki tej pięknej pogodzie postanowiłam zostać. Potem było już tylko gorej, a raczej jak na Norwegię przystało, normalnie. Główną porą roku w okręgu Rogaland jest jesień. Występuje tam dwanaście miesięcy jesieni, z przerwami na trochę zimy i wiosny. Generalnie patrząc za okno ciągła depresja, deszcz, szaruga i co najgorsza baaaardzo mocny wiatr. Kurtkę zimową miałam przy sobie zawsze, nawet w sierpniu. Oczywiście są regiony Norwegii, które są znacznie przyjaźniejsze pogodowo, chociażby oddalone od Stavanger o zaledwie 200km Kristiansand, czy po prostu Oslo.
  2. Jedzenie. Norwegowie znają się na wielu rzeczach, ale zdecydowanie nie na jedzeniu. Ich posiłki są jałowe i okrutnie tłuste. Wiele dań jest przygotowywana tak, żeby nie trzeba było prawie gryźć. Pulpety, parówki, burgery, mięso wszelakie zazwyczaj jest tak przemielone, że aż szkoda gadać. Do tego potrawy rybne w każdej postaci. Osobiście lubię ryby, ale np. fiskepudding przyprawia mnie o mdłości na samą myśl. Pojęcie wegetarianizmu jest tam mało znane. Bez mięsa i ryby nie ma opcji przeżyć nawet pół dnia. Samo ich danie narodowe, zwane Komle daje dużo do życzenia. Są to zwyczajne pyzy, jednak puste w środku, gotowane z grubą kiełbasą i podane z puree z brukwi. Chciałabym zauważyć, że brukiew, w Polsce kojarzona jest głównie z paszą dla bydła. Przy okazji tematu jedzenia, muszę jednak nadmienić, że najlepsze sushi jakie jadłam to właśnie w Norwegii. Ryba tutaj jest zawsze tak świeża, że aż chrupie rozpływając się przy tym w ustach.
  3. Ceny. Każdy wie, że w Norwegii jest drożej niż bardzo drogo. Tak samo każdy zdaje sobie sprawę, że większość cen jest adekwatna do wysokości zarobków. Jednak są pewne produkty czy usługi, które swoimi cenami przyprawiają o zawrót głowy niejednego Norwega. Dajmy na to takiego dentystę, którego usługi nie są refundowane. Wizyta z niewinną dziurką w zębie to koszt około 1000zł. Podobnie wyglądają sprawy z mechanikami samochodowymi. W porównaniu do polskich cen, najlepiej po prostu nie mieć auta. Najgorsze według mnie są ceny leków w aptekach. Przebitka na wielu rzeczach, jak maści, syropy i inne leki, jest tak duża, że najlepiej nie chorować. Sama miałam sytuację, kiedy lekarz przepisał mi receptę na zastrzyki, które kosztowały niecałe 300zł, a w Polsce, w aptece ich cena wynosi zaledwie 16zł. Dziękuję, dobranoc, tyle w temacie cen leków. Istnieją też produkty w zwykłych sklepach spożywczych, których ceny nie przestały mnie zaskakiwać nawet po trzech latach. Świeże owoce i warzywa kosztują naprawdę niepojęcie dużo. Raz wpadłam na pomysł diety warzywno-owocowej. Zrobiłam zakupy na 2 dni i wydałam przy tym około 300zł. Moja dieta zakończyła się razem z końcem produktów.
  4. Brak regularnego ruchu. Ostatni minus jest bardziej osobisty i nie dotyczy Norwegii bezpośrednio. Przez cały czas brakowało mi bardzo drużyny i lacrosse. Na początku pobytu, kilka razy udało mi się uczestniczyć w treningu drużyny ze Stavanger. Niestety, była to drużyna przynależąca pod uniwersytet i spotkania miały wczesnymi popołudniami. Kiedy zaczęłam więcej pracować, często zmiany kończyłam już po treningu. Nie lubię monotonii w życiu, jednak aby odnaleźć się w codzienności potrzebuje pewnej rutyny, potrzebuję wiedzieć jak pracuję, kiedy mam czas na sport, a kiedy na robienie nic. Pracując na zmiany i będąc dostępną pod telefonem, tej rutyny nie miałam. Co za tym szło, nie potrafiłam jakkolwiek zagospodarować czasu na jakiekolwiek zajęcia fizyczne. Było to coś, co naprawdę dobijało mnie psychicznie.

Tak tak tak

  1. Zarobki! Nie będę nikomu mydlić oczu, że jest jakiś większy plus od tego. To właśnie przez pieniądze, tylu ludzi postanawia wyjechać ze swojego kraju na północ. Dopiero później się okazuje, czy zostają tam jedynie dla zarobków, czy może odnajdują tam coś jeszcze. O norweskich finansach pisałam dość obszernie w osobnym poście. Dlatego też, nie będę się tutaj rozwijać, jednak jest to zdecydowanie plus nr jeden!
  2. Przyroda.Norwegia jest przepiękna, dzika, zielona. Jest jak prawdziwa baśniowa kraina, jest miejscem gdzie bez problemu mogłyby mieszkać elfi i trolle, a może mieszkają? Trochę świata już widziałam i jak na chwilę obecną szczerze powiem, że Norwegia jest najpiękniejszym krajem europy. Widokami może walczyć jedynie z Nową Zelandią. Kiedy jest ładna pogoda, to jest przepięknie, wszystko dookoła zapiera dech w piersi. Widoki, które widzi się na co dzień zza okna własnego domu, nigdy się nie nudzą. Spacery po fiordach mają jedyny w swoim rodzaju urok, a podróż samochodowa z jednego miasta do drugiego, zawsze zamienia się w wycieczkę krajoznawczą. Krótko mówiąc, norweska przyroda to same „ochy” i „achy”.
  3. Spokój. Ludzie w Norwegii żyją spokojnie, naprawdę spokojnie. W końcu nie bez kozery, od wielu lat są na podium najszczęśliwszych państw świata. Ten spokój dotyczy zarówno ciała, jak i duszy. Człowiek mieszkający w Skandynawii, czuje się spokojny, tak po prostu. Stan ten jest sumą kilku składowych. Norweg nie zamartwia się zbytnio swoim stanem konta, ani pracą. Po pracy spędza czas z rodziną lub bliskimi. Wie, że jak niechcący powinie mu się noga, otrzyma od państwa niezbędną pomoc. Nie ma poczucia zawiści, poczucia bycia gorszym lub innym. Człowiek robiąc to co robi, może żyć w zgodzie ze sobą i innymi w 100%. Do tego krajobrazy łagodzące i uspokajające nawet w najgorszy dzień. W momencie frustracji wystarczy wyjść na spacer, wziąć głęboki oddech czystego powietrza i wszystko mija. Na koniec, dodam do tego poczucie, że wszystko jest możliwe. Tak Norwegia, to dla mnie kraj, który spełnia marzenia. Oczywiście trzeba na nie zapracować, ale wszystko zależy jedynie od nas.

Jak widzicie, minusów wyszło mi więcej niż plusów. Jednak plusy, które opisałam są według mnie, tak fundamentalnymi sprawami, że często przebiją i długą listę minusów. Bo w końcu chyba najważniejsze jest, żeby przejść przez życie w spokoju, otoczonym przepiękną naturą i przy okazji z zadawalającym portfelem.