No place I’d rather be

16 godzin, tyle zajęło mi aby sie tutaj dostać. Trzy samoloty, bieganie po lotniskach między przesiadkami, ściąganie i zakładanie butów, paska, zegarka, czekanie godzinę na odbiór z Jackson i pół godziny jazdy na campa, żeby przez najbliższe tygodnie pracować na kuchni. Tak to mniej wiecej wygląda. Czy warto? Moja odpowiedz jest oczywista. Zdecydowanie tak!

Mieliście kiedyś poczucie, że jesteście dokładnie tam gdzie powinniście być, że to co robicie jest dokładnie tym co powinniście robić? Ja od dawien dawna poczułam to właśnie wczoraj i to tak bardzo mocno. Wychodząc z lotniska w Jackson, stawiając stopę na amerykańskiej ziemi, wdychając czyste powietrze Mississippi i rozglądając się do okoła na amerykańską przestrzeń, wielkie pick-upy, szerokie ulice, wtedy to poczułam. Głowa, serce, wszystko mówiło mi jedno „jak dobrze, że wróciłam”, a łzy szczęścia samowolnie zaczęły spływać mi po policzkach. W życiu nie spodziewałabym się u siebie takiej reakcji, a jednak.

„Dlaczego lubisz Amerykę?” zapytał mnie Dany w drodze z lotniska na camp. Dany – 23 letni wesoły, szczęśliwy, rozgadany chłopak z Kentucky, który pracuje na campie jakie kierowca.
No właśnie, dlaczego ją tak lubię? Przede wszystkim za ludzi. Możecie mówić co chcecie o amerykanach, że są głupi, grubi i zapatrzeni na swój kraj – bo są. Jednak przede wszystkim są otwarci, weseli, szczęśliwi i nie wstydzą się tego pokazywać na każdym kroku. Tego nam Europejczykom, a w szczególności Polakom brakuje. Patrząc na samą podróż, lot Warszawa Londyn – samolot wypełniony głównie Brytyjczykami oraz paroma Polakami (to nie Wizzair tylko British Airways więc Polacy znajdujący sie na pokładzie samolotu, to Ci którzy, jak ja lecieli gdzieś dalej z przesiadką na Heathrow). W tym samolocie cisza, jedyne kogo słychać to stewardesy proponujące coś do picia lub jedzenia, nikt ze sobą nie rozmawia, tylko zerka na zegarek, za ile dolecimy do celu. Samolot Londyn Dallas – już na samym wejściu widać i słychać, że wypełniony jest głównie Amerykanami. Obcy ludzie ze sobą rozmawiają, cieszą się, pomagają z bagażami, nawet pilot witając na pokładzie zażartował, że wita w samolocie do Ohio, czym przez chwilę wprawił w lekką konsternację większość pasażerów. Dziesięcio godzinny lot nie minął szybko, ale na pewno w miłej atmosferze. Na koniec lot Dallas Jackson – tu już pełna Ameryka, sami swoi. Nikt się nie zna, ale nie przeszkadza to w niczym, przecież można się poznać. Tutaj nie wezmą cię za dziwaka bo zagadujesz do obcej osoby, a wręcz przeciwnie. Bo kto tu jest obcy, jak każdy jest stąd. I tak poznałam szaloną dentystkę wegetariankę, wielkiego gracza futbolu, który spędził 4 lata w wojsku żeby spłacić studia, pana farmera prosto z Texasu oraz nauczycielkę z podstawówki, która wracała z konferencji. I to wszystko zaledwie podczas godzinnego lotu. Dodatkową atrakcją był sam samolot, tak małym jeszcze nie leciałam. Miał zaledwie 54 miejsca, 18 rzędów po 3 fotele w jednym, no normalnie czad, można się był poczuć jak w prywatnym czarterze.

Tak, głównie właśnie dlatego lubię tak bardzo USA. Szczerze powiem, że kiedy tu jestem to dość często czuję się jak w domu i gdyby nie rodzina i znajomi, którzy są teraz tysiące kilometrów od mnie, mogłabym zostać tu na zawsze.