Hand Granade – Bum!

W końcu udało nam się dotrzeć do Nowego Orleanu. W końcu, bo wszystko dookoła chciało żebyśmy nie pojechali. Pierwsze podejście zrobiliśmy ok. dwa tygodnie temu. Wtedy się nie udało, bo nie pomotaliśmy wystarczającej ilości miejsc w autach.

Drugie podejście, zakończone sukcesem, planowaliśmy trochę dokładniej:
1) piszemy do Kevina (kolegi, który pracował na campie, ale już tu nie pracuje) czy jedzie z nami
2) Kevin jedzie
3) Kevin ma 7 osobowe auto, więc może zabrać tylko 6 osób
4) Losowanie, które dwie osoby zostają
5) Pozostałe 6 osób mota sobie wolne w niedzielę.
Brzmi jak plan idealny, ale nie u nas. Kevin napisał, że włamali mu się do auta i wybili szybę, więc nie może z nami jechać. Klops. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że nie ma opcji, że my musimy tam jechać. Postanowiliśmy wypożyczyć auto. Wypożyczyliś. Wynajęliśmy hostel. Załatwiliśmy, że Danny zawiezie nas na lotnisko w Jackson skąd mamy wypożyczony samochód. Wyjazd planowany na sobotę na 15:45 bo o 16:30 auto czeka do odbioru. Sobota godzina 15:30 zrywa się wielka burza z piorunami, ulewa. Mówią nam, że dopóki pogoda się nie uspokoi to nikt nie może opuścić terenu campa. Powoli burza ustaje, a my źli i zmoknięci czekamy w biurze na wyjazd. Okazuje się, że Danny musiał pojechać z jakimś chłopcem do szpitala, bo złamał sobie palec. No kurde, akurat teraz?! Godzina 16:30 Ellen postanawia nas zawieźć na lotnisko, ale nie wszystkich, ma miejsca tylko dla 3 osób. Zabrała mnie, Karola i Kubę. Dziewczyny czekają, aż po nie wrócimy. Na szczęście wypożyczenie auta poszlo szybko, po mimo tysiąca pytam czy chcemy dokupić to i tamto. Zadowoleni jedziemy naszym Chevy Cruize po dziewczyny. Od tej pory wszystko zaczyna się układać, a nasz upragniony Nowy Orlean zbliża się wielkimi krokami. Ach, zapomniałabym dodać, że podróż nie należała do najwygodniejszych, pomijając Karola, który prowadził. Dlaczego? Dlatego, że postanowiliśmy zaoszczędzić i w 3 godzinną podróż wynajęliśmy 5 osobowe auto, a nas było sześcioro. Normalnie całe życie na krawędzi. Było ciasno, ale wesoło, nawet bardzo. Trasa minęła szybko. Bez większych problemów dotarliśmy do hostelu. Szybkie poprawy wyglądu, zimny obiad i możemy iść na miasto. Przecudnym tramwajem na korbkę docieramy na Bourbon Street. Jest ok 23:00. Plan na początek, sklep z alkoholem. Kupiliśmy dwa wielkie, tanie, ciepłe i okrutnie niedobre wina. Przelaliśmy je do kubeczków i postanowiliśmy iść w tłum. Nawet nie wiem jak opisać to co się tam działo. Po prostu istny karnawał. Co krok zaczepiają nas różni ludzi, bo chcą pogadać, popodrywać. Muzyka dobiega zewsząd. Każdy się uśmiecha. Idziemy przed siebie, nie wiedząc do którego pubu wejść, aż tu naglę dostaję soczystego klapsa od murzynki. Ja szok, Dorota w śmiech. Klaps był tak profesjonalny, że nawet nie wiedziałam, że moje pośladki potrafią wydać taki dźwięk. Po krótkim szoku idziemy dalej, postanawiamy wejść do pubu i zamówić sobie po Hand Grenade – najbardziej popularnym, mega dużym drinku w Nowym Orleanie. Był pyszny, słodki i mocny. Wystarczyło parę łyków, aby każdy z nas odleciał w swój kolorowy świat. Poniosło nas. Z Hand Grenade w ręku, chodziliśmy od klubu do klubu. Tańcowaliśmy ile sił. Dorota z Anią nawet znalazły się na scenie między murzynkami żeby potrząść trochę tyłeczkiem. Rap, country, dance, gay club, wszystko! Ulica. Ile się dział na ulicy. Koraliki, mnóstwo koralików zrzucanych przez bawiących się na balkonach. Istny pozytywny chaos. Była ok. 5 nad ranem kiedy na początku Bourbon Street stanęły dwa auta. Z głośńików czarna muza, czarni wychodzą z aut i nie wiadomo skąd jeszcze. Nagle, jak w teledysku prosto z MTV zaczynają tańczyć. Schodzi się coraz więcej ludzi, czarni żeby dołączyć do tańczących, biali głównie żeby popatrzeć. Zatrzymują się kolejne auta. Własnym oczom nie wierzę w to co się tam dzieje. Czy ja jestem na planie jakiegoś kolejnego tanecznego filmu? Takie rzeczy tylko w Ameryce.
Tak mniej więcej wyglądała nasza noc. Mniej więcej, bo po pierwsze, nie da się tego w ogóle opisać tak jakbym chciala, a po drugie, bo zgubiliśmy Kubę. Ok. pierwszej w nocy Kuba zniknął. Poszliśmy go szukać. Szukaliśmy przez jakeś pół godziny. Więcej nawet nie było sensu, bo w takim tłumie to nikogo się łatwo nie znajdzie. Mieliśmy nadzieję, że wrócił po prostu do hostelu. Na szczęście mieliśmy rację.
Spaliśmy 3 godziny. Kac. Oj kac. Jednak trzeba było go zwalczyć, gdyż należało pozwiedzać Nowy Orlean. To miasto, przypominające nocą jedną wielką dyskotekę, pastwisko dla rządnych alkoholu, seksu i wrażeń ludzi, w dzień dosłownie się przeobraża. Nowym Orlean w świetle dziennym pokazuje swoje drugie, jakże inne oblicze. Ze swoimi przepięknymi budynkami, wszędzie widocznymi dorożkami, ludźmi siędzącymi na ławce i grającymi na różnych instrumentach, gęstym dusznym powietrzem, przypomina XIX wieczne miasteczko prosto z Francji.
Nowy Orlean jest przepiękny, idealny. Huczny, rozpustny, wręcz zgubny w nocy i spokojny, powolny, przytulny za dnia.
Chcę tam mieszkać. Zdecydowanie!