Best night ever!

Na początek przedtawię Mickiego. Micky to nasz campowy wujek. Ten wujek, którego za dzieciaka każdy chce mieć. To on pierwszy raz da Ci spróbować papierosa, opowie kawał z brzydkim słowami i pozwoli pokierować autem siędząc mu na kolanach. Taki mniej więcej jest Micky. To z nim robimy prawie wszystko co na campie zabronione, bo po mimo tego, że jesteśmy dorośli to na campie są dzieci, więc panują tutaj pewne zasady.


I tak właśnie Micky w minioną sobotę zafundował nam noc której nigdy nie zapomnę. Zaczęło się od tego, że w tygodniu spytał się nas (nas czyli ekipę Polaków), czy nie chcemy pojechać w weekend do casina, bo może nas zabrać. Oczywiście zanim dokończył pytanie usłyszał jedno głośne „hell yeeeeaaa!!!” W sobotę pracowałam do 19, ustawka z Mickim 19:30, więc mialam nie wiele czasu na zrobienie się na bóstwo, ale dziewczyny pomogły i się udało. Byliśmy przekonani, że Micky nas pakuje w auto i jedziemy, ale nie! Ten nas zaprasza do swojego autobusu, który jest zaparkowany na terenie campa. Bus, autobus, kamper, zwał jak zwał, z zewnątrz srebrny z kilkoma oknami, w środku… W środku normalne mieszkanie, salon z kuchnią, lazienka z prysznicem, dwa trzypiętrowe łóżka i na końcu główna sypialnia. To wszystko w jednym autobusie! Wujek nakazał nam się rozgościć, powręczał do łapek kolorowe, słodkie drinki, włączył muzykę i zaczęliśmy imprezę. Gadało się ekstra. Moglibyśmy tak wiecznie, ale trzeba bylo się ruszyć do casina. I tutaj kolejna niespodzianka, do casina zawiezie nas kolega Mickiego Ben, który przyjechał po nas jeszcze większym i bardziej wypaśnym busem. Normalnie szał! Ben opowiedział, że wynajmuje tego busa zespołom rockowym i country na trasy koncertowe. Na prawdę mogliśmy poczuć się jak american rock stars, zwłaszcza gdy w głowie już dobrze szumiał alkohol. Do casina jechaliśmy ok godzinki. Kolejne drinki, rozmowy, wpatrywanie się w pokrytą nocą amerykańską drogę podczas palenia papierosów przy otwartym oknie, gdzie wiatr rozwiewał moje włosy, dodając temu wszystkiemu jeszcze większego klimatu. W końcu dojechaliśmy. Wychodzimy z autobusu jak prawdziwe gwiazdy, a tu podjeżdża po nas szofer, który z parkingu zabiera nas pod samo wejście do casina, czyli jakieś 15 metrów. Przecież w Ameryce się nie chodzi! Casino genialne, wielkie dwupiętrowe, przy wejściu darmowy napój typu przesłodzone cola. Ben z Mickim każą nam jechać na dół. Zjeżdżamy, a tam na końcu sali, za wszystkimi automatami do gier scena, a na scenie właśnie zaczyna grać typowy bluesowy zespół. Czterech murzynków ubranych na czerwono. Blues w Mississippi! Sama sobie zazdroszczę. Nie trzeba było nas długo namawiać i po wizycie w barze, kiedy już każdy trzymał w dłoni budwisera uderzyliśmy na parkiet. Świat dookoła przestał dla nas istnieć. Każdy z nas odpłynął. To wszystko co się działo bylo jak spełnienie marzeń o których się nawet nie marzyło. Zdecydowanie zawojowaliśmy parkiet, stając się przy tym atrakcją casina. Wybawiliśmy się świetnie. Po koncercie podchodzi Ben i mówi, że noc jeszcze młoda, jedziemy dalej. I znów szofer, parking, bus. Tym razem zatrzymaliśmy się po środku niczego. Typowy obrazek z amerykańskiego filmu, szeroka droga, dookoła pola i jeden samotnie stojący bar. Ten typowy bar w którym kierowcy zatrzymują się na kawę i naleśniki, siedząc przy barze rozmawiają z kelnerką w różowym fartuszku i plakietką z imieniem. Tego właśnie typu był to bar, który drzwi miał otwarte, ale w środku wyglądał już jak zamknięty. Zdziwieni patrzymy na Mickiego, który pokazuje nam, że mamy iść do przodu jakimś wąskim korytarzem. Idziemy, a tam nagle druga część typowo pubową, bar z alkoholem, drewniane stoliki, ludzie palący papierosy i znów scena. Na scenie tym razem zespół typowo country. Dziewczyna na wokalu i faceci z gitarami. Wszyscy ubrani w kowbojskie buty, poprzecierane jeansy i koszule „iiiii haaaaa”. Scenariusz u nas znów ten sam, bar, budwaiser w łapę i pod scenę. Zabawa przy country i rocku niezapomniana. Wspólne śpiewanie „Sweet home Alabama”, tańczenie na scenie razem z zespołem i wspólne selfie. Koncert zakończył się idealnie w czas, bo jeszcze jedno piwo i mogłoby być z nami źle. Powrót iście w stylu rock star, czyli pass out na łóżku w sypialni naszego wielkiego autobusu.
Tak właśnie wyglądała moja saturday night i gdyby nie filmiki i zdjęcia na naszych telefonach oraz okrutny kac w pracy następnego dnia, to byłabym przekonana, że to wszystko bylo tylko snem.